[90s Forever #1] Hednoize
Random records from the bargain bin.
Z reguły staram się nie polecać złej muzyki, ale jednak coś mnie jakiś czas temu tknęło, że skoro w oczywisty sposób najlepszą dekadą dla dźwięków wszelakich były lata dziewięćdziesiąte — moment, kiedy królowała muzyka zła, kiczowata i ze wszech miar bolesna A JEDNAK WSPANIAŁA — to jednak coś polecić bym chciał. Postanowiłem więc, że wyciągnę na powierzchnię trochę płyt ze śmietnika/koszyka z przecenami i raz na jakiś czas coś wam podrzucę. Może ktoś, kto odważy się tego posłuchać będzie się bawił przy nich równie dobrze jak ja.
Polecać będę jednak rzeczy, o których świat raczej zapomniał, a nie Radiohead, bo ile można — i nawet kiedy będziemy rozmawiać o muzyce “złej”, to będziemy rozmawiać o muzyce “złej” we wspaniały i niepowtarzalny sposób. Mającej w sobie coś, co sprawia, że — jeżeli ktoś ma do popkultury lat 90. sentyment — aż łezka z oka leci, że już się tak nie robi. Wyciągnąć człowieka z najntisów można, ale najntisów z człowieka nie wyciągniesz.
Serię rozpoczniemy od mojego nowego odkrycia, czyli…
Hednoize zaistniało tylko po to, żeby wydać ten album — i oficjalnie wydany został w 1999 roku. To ten moment, kiedy nie bardzo było jeszcze wiadomo, w którą stronę muzycznie w mainstreamowej kulturze pójdziemy, bo gatunki i inspiracje non stop się ze sobą mieszały. Interscope chwilę wcześniej sprzedawało jednocześnie Snoop Dogga i Nine Inch Nails (a w 1999 debiut Eminema i dwójkę Limp Bizkit), absurdalne liczby wykręcało Radiohead i Massive Attack, a na to wszystko wjechał jeszcze Matrix. W części kultury, która nas interesuje, wygrywała samplowana/romplerowana elektronika, przesterowane gitary i wściekły rap — i w ciągu zaledwie kilku lat został nam z tego w mainstreamie… rap1?
Hednoize wpisuje się w ten krajobraz w dziwny sposób — niby kompletnie nie pasuje do prawie niczego, co właśnie wymieniłem, a jednocześnie, patrząc na to z perspektywy lat, nie mogło powstać w innym momencie. Mamy do czynienia z czymś, co najłatwiej by było opisać jako industrializujący pop albo triphopizujący rock — czymś, co tak mocno siedzi w najntisach, że przed oczami od razu staje jednocześnie ten dziwny klub z “It’s No Good” Depeche Mode, klimat serialu “La Femme Nikita” (na którego soundtrack Hednoize zresztą trafiło) i logo Playstation. Teoretycznie można by ich wrzucić do jednego worka na przykład z wczesnym Sneaker Pimps ale a) o Sneaker Pimps świat pamięta, b) więcej Sneaker Pimps to lepiej dla świata.
Na “Searching For The End” mamy więc do czynienia przede wszystkim z elektronicznymi bitami i basami, które ciągną wszystko do przodu w cudownie zmechanizowany sposób, oraz wokalami, które służą bardziej za tekstury niż melodie — coś jak u Reznora albo w Deftones. Na to wszystko wchodzi masa dodatków pokroju wiolonczeli, klawisza i przesterowanych gitar (które brzmią jak sample), ale pomimo tego, że od czasu do czasu robi się energicznie, to ostatecznie nie jest to w żaden sposób gniewna muzyka. Brzmi raczej jak młodszy brat “Ultra” Depeche Mode, który przechodzi akurat okres buntu.
Jest więc jednocześnie energicznie i melancholijnie, tak bez przesadnej złości wykrzyczanej na zewnątrz, a raczej z taką kumulującą się wewnątrz. A do tego jest też czyściutko jak cholera: cudownie przesadzone reverby budują potężną, syntetyczną przestrzeń i topią w sobie wszystko, co mogłoby być dla ucha nieprzyjemne. Jest to więc zaskakująco przyzwoicie wyprodukowane jak na coś, co na 99% sklejone zostało w domu na komputerze z mocą obliczeniową mniejszą od dowolnego nowoczesnego telefonu2.
Ale, między innymi, dlatego też niesie to swój wewnętrzny kicz w bezkompromisowy, charakterystyczny dla lat 90. sposób — na froncie, przed sobą i nic tu się przed słuchaczem nie ukrywa.
Nie dziwi więc to, że Daniel Lenz3 i Brent Daniels, którzy za to cudo odpowiadają, zajmują się aktualnie głównie robieniem muzyki do hollywoodzkich filmów, seriali i trailerów. Działają sobie więc w obrębie naturalnej ewolucji tego, co stworzyli na tej płycie — rytmicznej, czystej elektroniki, która buduje przede wszystkim klimat i nastrój. O tyle lepiej słucha mi się jednak Hednoize niż ich nowych utworów, że w 1999 roku obracali się w piosenkowych strukturach i pracowali z wokalami, które budują znaczną część tego cudownego, bezkompromisowo szczerego w swojej naiwności najntisowego vibe’u.
“Searching For The End” można posłuchać, oczywiście, nigdzie. Oficjalne źródła to chyba tylko YouTube Music i Soundcloud więc mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się tej płyty tam, gdzie ludzie faktycznie mają w 2026 roku konta.
I jakieś nudne smuty z gitarami — te całe indie rocki, których słuchać się nie dało.
Podobno: “Power Macintosh G3 with «every audio software program imaginable», a piano, electric guitars, an EMU Sampler, and a Sony effects box”.
Znany lepiej z Psykosonik, którego kawałek trafił na OST do filmu Mortal Kombat (oryginału i Annihilation) a debiutancki album jest przezabawnie przyjemny.




Mogłem jak w japońskich komiksach zacząć od końca, a nie przeszukiwać Spotify hehe ;)